500 kilometrów w cieniu operacji. Jak przeszedłem swój własny maraton, ważąc niespełna 200 kg
30 października 2020Rok 2020 był dla wielu czasem zatrzymania. Dla mnie był rokiem, w którym albo zacząłbym iść, albo całkowicie bym się poddał.
Rozpacz i “Moment Zero”
Moja waga zbliżała się do granicy 200 kg. Czułem, że tracę kontrolę nad własnym ciałem, a każdy ruch był ciężarem nie do opisania. Lekarze postawili sprawę jasno: operacja bariatryczna. To miała być jedyna droga ratunku. Czułem jednak paraliżujący lęk przed ryzykiem, jakie niesie za sobą taki zabieg. W tamtym momencie, w akcie czystej rozpaczy, postanowiłem spróbować ostatniej rzeczy, która była w moim zasięgu: ruchu.
Pierwsze wyjście? 800 metrów. Rozbite na 4 serie, bo organizm odmawiał posłuszeństwa. To nie był trening, to była walka o każdy oddech na dystansie, który zdrowy człowiek pokonuje w 10 minut.
Dżinsy, trampki i brak profesjonalizmu
Nie było w tym żadnej wielkiej strategii ani drogiego sprzętu. Wyszedłem z domu tak, jak stałem – w zwykłych dżinsach i trampkach. Dlaczego? Bo przy mojej ówczesnej wadze znalezienie odzieży technicznej graniczyło z cudem. Większość producentów kończy rozmiarówkę tam, gdzie ja dopiero zaczynałem. Dopiero później odkryłem odpowiedni sklep, który nie boi się osób otyłych i pozwala im ubrać się godnie i funkcjonalnie.
Moja rzeczywistość wyglądała wtedy tak:
-
Buty: Trampki poddały się po pierwszych 100 kilometrach. Dosłownie się rozpadły pod ciężarem moich kroków i determinacji. Dopiero wtedy przesiadłem się na wygodniejsze buty sportowe.
-
Ból: Otarcia były codziennością. Każdy krok w dżinsach przy takiej masie to ryzyko ran. Ale maszerowałem pomimo bólu. Wiedziałem, że jeśli teraz odpuszczę przez pieczenie skóry, to za chwilę nie będę miał już o co walczyć.
Systematyczność ważniejsza niż heroizm
Z czasem krótkie, rwane spacery zamieniły się w jedną długą trasę – pętlę wytyczoną niemal dookoła całego miasta. Całość trackowałem opaską, która stała się moim jedynym sędzią i motywatorem.
Nie bawiłem się w heroizm na siłę. Jeśli lało – zostawałem w domu, by nie ryzykować przeziębienia, które wykluczyłoby mnie z ruchu na tydzień. Ale gdy deszcz łapał mnie na trasie, po prostu szedłem dalej. Mżawka na twarzy była niczym w porównaniu z satysfakcją, że wciąż jestem w ruchu.
Kiedyś ktoś krzyknął z przejeżdżającego samochodu: “Ty grubasie!”. Czy mnie to ruszyło? Kompletnie nie. Miałem przed oczami swój cel. Nie porównywałem się z biegaczami, którzy mnie mijali, ani z maratończykami. Moim jedynym punktem odniesienia był ten facet, który jeszcze kilka miesięcy temu ledwo był w stanie przejść do sąsiedniej przecznicy.
Wynik: 500 kilometrów później
Do października 2020 roku moja opaska pokazała coś niewiarygodnego: 500 kilometrów w jeden sezon. Jako osoba pracująca zawodowo, wykręciłem dystans, który udowodnił mi, że moje ciało – mimo ogromnych obciążeń – wciąż chce współpracować. Waga zaczęła spadać, ale to, co zyskałem w głowie, było znacznie cenniejsze niż stracone kilogramy.
Moja rada dla Ciebie: Metoda 1000 powtórzeń
Jeśli czujesz, że Twoja sytuacja jest beznadziejna, a masa ciała Cię więzi, pamiętaj o jednym:
Dopasuj wysiłek do siebie. Nie patrz na innych. Zacznij od drobnych kroków, ale dbaj o systematyczność. Małe kroki powtarzane 1000 razy dają momentum, którego nie powstydziłby się żaden maratończyk. Tak pokonasz każdego, kto ma talent, ale nie ma Twojego uporu.
Wpis wygenerowany dzięki udziałowi AI. Photo by Giulio Del Prete on Unsplash.

